Udział polskich firm w programie energetyki jądrowej stanowi szansę na zdobycie nowych kompetencji, które mogą wynieść krajowe budownictwo na wyższy poziom. Muszą jednak zdobyć kompetencje w zakresie budowy tzw. wyspy jądrowej. Pomysł, w którym Amerykanie ograniczaliby się tylko do wypożyczania od polskich firm pracowników i sprzętu, nie ma w polskich realiach racji bytu - kategorycznie stwierdza dr Damian Kaźmierczak, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.
Pod koniec sierpnia wojewoda pomorski wydał pozwolenie na prace przygotowawcze związane z budową pierwszej polskiej elektrowni jądrowej w Choczewie. Ich rozpoczęcie ma nastąpić jesienią bieżącego roku.
- Zgodnie z założonym harmonogramem konsekwentnie zmierzamy do rozpoczęcia kluczowego etapu inwestycji, jakim jest budowa elektrowni - podkreślił przy tej okazji Marek Woszczyk, prezes Polskich Elektrowni Jądrowych.
Zgodnie z harmonogramem prąd z polskiej elektrowni jądrowej ma zacząć płynąć w drugiej połowie lat 30. XXI wieku.
Przymiarkom do tej inwestycji bacznie przygląda się Polski Związek Pracodawców Budownictwa - największa ogólnopolska organizacja zrzeszająca firmy z branży infrastruktury i budownictwa. Z początkiem czerwca powołała ona do istnienia Stowarzyszenie Energetyki Jądrowej PZPB-Atom.
Inicjatywa ma integrować krajowych wykonawców i dostawców z sektora budowlanego, tworząc zaplecze organizacyjne i kompetencyjne dla programu atomowego. Wśród zrzeszonych w niej firm znajduje się Budimex, Erbud, Mirbud, Mostostal Warszawa, GK Polimex Mostostal, Porr Polska i Unibep.
Stowarzyszenie ma prowadzić dialog z administracją państwową, spełniając rolę „merytorycznego doradcy” w zakresie projektowania i wdrażania rozwiązań wspierających budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej.
- Potencjalny udział polskich firm w programie energetyki jądrowej stanowi unikalną szansę na zdobycie nowych kompetencji, które mogą wynieść krajowe budownictwo na wyższy poziom. Chodzi nie tylko o wykorzystanie nowych doświadczeń przy kolejnych inwestycjach jądrowych planowanych w Polsce na najbliższe 15-20 lat, ale także o możliwość ekspansji naszych spółek na rynki zagraniczne, takie jak Rumunia, Czechy, Słowacja czy Szwecja, które rozwijają własne programy atomowe w ramach globalnego renesansu energetyki nuklearnej - stwierdza w przesłanym do redakcji WNP stanowisku dr Damian Kaźmierczak, wiceprezes i główny ekonomista PZPB.
Jak jednak podkreśla, kluczowym warunkiem realizacji takiego scenariusza jest ścisła współpraca z zagranicznymi dostawcami technologii oraz pełny transfer know-how do polskich firm.
- O ten transfer – najpierw od Amerykanów, a potem być może od Francuzów czy Kanadyjczyków w przypadku kolejnych projektów – musi aktywnie zabiegać polska administracja, która pełni rolę gospodarza, organizatora i nadzorcy krajowego programu jądrowego. Jeśli nasze państwo przyjmie bierną postawę, a rodzime przedsiębiorstwa zostaną zepchnięte do roli drugorzędnych podwykonawców, realizujących jedynie najprostsze prace budowlane, zmarnujemy niepowtarzalną szansę na skokowy rozwój całego sektora - ostrzega.
Dlatego też wiceprezes PZBP zwraca uwagę na rolę rządu jako „kreatora mądrej i odpowiedzialnej polityki przemysłowej oraz obrońcy interesów krajowego biznesu”. Przy okazji wbija też szpilę, stwierdzając, że w przeszłości polska administracja nie podejmowała skutecznych działań na rzecz wspierania lokalnych podmiotów i ochrony krajowej gospodarki.
- Nie możemy powtórzyć błędu z programu offshore, w którym zabrakło woli politycznej, by wymusić na zagranicznych producentach włączanie polskich podmiotów w łańcuch dostaw morskiej energetyki wiatrowej w znacznie szerszym zakresie, niż ma to miejsce obecnie - ocenia Kaźmierczak.
Jego zdaniem ostatnie miesiące przyniosły jednak przełom, a politycy i urzędnicy – w odpowiedzi na nasilające się postulaty repolonizacji gospodarki – zaczęli dostrzegać strategiczne znaczenie generującego ok. 10 polskiego PKP sektora budowlanego.
Przejawem tej zmiany – zdaniem wiceprezesa PZPB – stała się nowelizacja Prawa zamówień publicznych, ograniczająca dostęp do rynku dla firm spoza Unii Europejskiej, zwłaszcza z Azji, oraz składane przez decydentów zapowiedzi zmiany podejścia do realizacji dużych programów rządowych, z naciskiem na większy udział krajowych przedsiębiorstw.
- To daje nam powody do umiarkowanego optymizmu. Jest nadzieja, że instytucje odpowiedzialne za realizację pierwszej elektrowni jądrowej w Choczewie – a w przyszłości także drugiej, której lokalizacja wciąż nie została określona – czyli PEJ i Ministerstwo Energii, wykażą się determinacją i narzucą Amerykanom obowiązek bliskiej współpracy z polskimi firmami - stwierdza Damian Kaźmierczak.
Stąd też w kontekście działalności Stowarzyszenie Energetyki Jądrowej PZPB-Atom Kaźmierczak zapowiada „konstruktywną presję na maksymalizację tzw. local contentu” przy budowie pierwszej polskiej elektrowni atomowej.
- Naszym oczekiwaniem jest, by udział ten był oparty na jasno zdefiniowanych i – co kluczowe – mierzalnych wskaźnikach. Będziemy również apelować o wdrożenie przejrzystego systemu raportowania, który umożliwi bieżące śledzenie poziomu zaangażowania polskich firm w budowę elektrowni w Choczewie oraz weryfikację rzeczywistego wykorzystania krajowych łańcuchów dostaw przez Amerykanów - wyjaśnia.
Jako kolejny cel wskazuje ustanowienie właściwego modelu współpracy między firmami amerykańskimi a polskimi wykonawcami. Zastrzega przy tym, że relacja ta powinna mieć charakter partnerski i opierać się na pełnym przepływie know-how do krajowych spółek.
- Zależy nam na tym, by wiedza zdobyta przy realizacji tej inwestycji pozostała w kraju, co pozwoli rodzimym firmom nie tylko samodzielnie uczestniczyć w kolejnych projektach jądrowych w Polsce, ale także skutecznie konkurować na rynkach zagranicznych. Należy pamiętać, że znaczna część inwestycji w Choczewie to prace drogowe, kolejowe, hydrotechniczne, elektroenergetyczne i kubaturowe, a więc obszary, w których polskie firmy mają ogromne doświadczenie i z powodzeniem realizują tego typu projekty na co dzień. Kluczowe jest jednak to, by zdobyły one także kompetencje w zakresie budowy tzw. wyspy jądrowej – najbardziej zaawansowanej części każdej elektrowni, lub przynajmniej jej wybranych elementów - argumentuje wiceprezes PZPB.
- Pomysł, w którym Amerykanie ograniczaliby się jedynie do wypożyczania od polskich firm pracowników i sprzętu na potrzeby kolejnych etapów inwestycji, nie ma w polskich realiach racji bytu – taki model kooperacji jest u nas niepraktykowany i nieakceptowalny - stwierdza kategorycznie.
Kończąc swój wywód, wiceprezes PZPB zapowiada plan nawiązania ścisłej współpracę z rządem i państwowymi instytucjami finansowymi w celu wypracowania „dedykowanych instrumentów wsparcia” dla firm budowlanych przygotowujących się do udziału w budowie elektrowni jądrowych. Jak doprecyzowuje mowa tu o preferencyjnych pożyczkach, gwarancjach i grantach.
- Przygotowanie się do tak złożonego przedsięwzięcia jak budowa elektrowni jądrowej wymaga znacznych nakładów finansowych, dlatego wsparcie ze strony takich podmiotów jak ARP, BGK czy KUKE jest absolutnie niezbędne. Co istotne, klimat do rozmów wydaje się sprzyjający, a instytucje te wykazują pełne zrozumienie dla potrzeby wdrożenia nieszablonowych i elastycznych rozwiązań - stwierdza Damian Kaźmierczak.